Ocean błękitu i czerwony atrament

Gdy narracja staje się iluzją, kilka prawd o rynku finansowym. Poniżej fragment, calość do pobrania w formacie PDF pod tekstem.

Naiwność to nic dobrego, nie uważamy się więc za osoby naiwne. Jednak bez względu na to co o sobie myślimy, w normalny ludzki sposób – czasami bywamy naiwni. Bywamy ufni z natury i jeżeli jesteś wyjątkiem gratuluję, ale chętnie bym sprawdził. Naiwność nie musi być wadą trwałą, bywa niekiedy normalną reakcją na zamierzone i profesjonalne działanie wymierzone w naszą stronę. I o tym będzie ten tekst – próbą zwrócenia uwagi i delikatnym ostrzeżeniem. Rozumiem, że nie jest przyjemnie czytać o tym, jak łatwo dajemy się nabrać i nieświadomie postępujemy zgodnie z obcym algorytmem. W tym kontekście czytelnik może poczuć się nieco zdegustowany. Pomyślmy jednak o skutkach. Chwila dyskomfortu nie znaczy nic, wobec możliwych przyszłych konsekwencji finansowych. To w żadnym wypadku nie jest tekst przeciwko sprzedawcom i pośrednikom. Jeśli jednak zburzę czyjś spokój, przykro mi. Praktyka podpowiada, że jeżeli coś przestaje ładnie pachnieć, warto otworzyć okno i rozważyć zmianę lokalizacji, by paskudny zapach nie przyczepił się do nas na stałe.

Posłużę się przykładami, które dotyczą tylko części osób i firm, to oczywiste. Jednak nie będą to liche, wygrzebane gdzieś z trudem próby manipulacji czy naciągactwa. Skala zjawiska nie jest niestety taka mała. Z oczywistych względów nie będę wymieniał nazw firm, większość
z nich znacie doskonale, inne może mniej, wszystkie jednak działają w skali ogólnokrajowej,
a ich logo pojawia się czy pojawiało w przestrzeni publicznej często. Co ważne, nie będę pisał o tych podmiotach, które łamią prawo. Skupię się raczej na tych, które są obecne
na naszym rynku lub działały długo i bez zastrzeżeń organów nadzoru.  Wszystkie one dają
się sprowadzić do jednego mianownika – wykorzystują wciąż nienasyconą chęć zysku oraz niewiedzę i nadmierne zaufanie Klientów do marki i jej przedstawiciela. Nie jest to aż tak trudne, w wielu przypadkach polega na zwykłym zatajeniu pewnych informacji, tyle że – kluczowych z punktu widzenia przyszłej decyzji klienta. Jeżeli wydaje się nam, że jesteśmy wystarczająco czujni, proszę z oceną poczekać do końca lektury.

Bogata oferta rynku nie obejmuje wyłącznie klasycznych lokat czy pożyczek.  Inżynierowie od finansów proponują nam szereg bardziej wyrafinowanych usług, by zwiększając podaż produktów pomnożyć strumień środków przepływających z jednego portfela do innego. Bo przecież o to tu chodzi. Postaram się wykazać tę prostą, ale wciąż zapominaną prawdę. Jeżeli Drogi Czytelniku jesteś zdania, że masz prawo znać nie tylko potencjalne korzyści z podpisanej umowy, ale możliwe skutki wszystkich realnych scenariuszy, to mamy już pewną zgodność. Tyle, że obowiązkiem sprzedawcy jest prezentacja najbardziej optymistycznej wizji, inne musisz przewidzieć sam. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Jeżeli nie pracowałeś w tej branży i nie masz doświadczenia, w czasie krótkiej i intensywnej rozmowy z pośrednikiem nie jest to wcale proste. Marka nie zawsze oznacza „cała prawda”. Także ci najwięksi i najbardziej znani, sporo przed nami ukrywają. Sęk w tym, że nikt nie ma obowiązku chwalić się swoją inwencją, a roczne raporty finansowe bardziej budzą nasz podziw niż refleksję. Na koniec podkreślę raz jeszcze: opisuję nie rynek, ale jego mniej przyjemny margines. Proszę więc nie uogólniać opisanych poniżej przykładów.

(…)

Jakiś czas temu w Polsce można było zainwestować pieniądze w materialny, choć trudny do wyceny produkt z gatunku dóbr luksusowych. Stopa zwrotu sięgała 9 procent w skali 6 miesięcy, więc biznes wydawał się „wow”. Ostrożność jednak nie zawadzi, więc by rozwiać potencjalne obawy, klientów zapraszano na dwudniowy pobyt do zagranicznej siedziby firmy. Kandydaci na klientów mieli okazje zwiedzać firmę i rozmawiać z właścicielką. Kilku bardziej zamożnych klientów delegowało na takie spotkania swoich prawników z misją dokładnego przyjrzenia się ofercie. Lustracje przebiegały pomyślnie, rozmowy także. Kobieta naprawdę mówiła mądrze i pięknie, co piszę bez cienia ironii. W otoczeniu pełnym dowodów osiągniętego sukcesu prezentowała i dobre „story”, i doskonały biznesplan. Nic dziwnego, że klientów nie brakowało, a i bardziej skuteczni pośrednicy przesiadając się do Lexusów wzmacniali świadectwo sukcesu. Interes kręcił się ładnych parę lat, zadowoleni klienci wpłacali pieniądze ponownie, dochodzili nowi – bo przecież głupio nie zarobić jak można.

Do końca nie wiadomo co się stało, być może w pierwszym okresie interes był legalny
i rzetelny, w końcu jednak coś poszło nie tak.  Ktoś uznał, że dostęp do pieniędzy klientów oznacza to samo co możliwość dysponowania nimi bez ograniczeń, jeden fałszywy ruch i efekt kostki domina dokonał reszty. W efekcie przez ostatnie dwa lata klienci wpłacali pieniądze na podstawie podrobionych certyfikatów i zdjęć produktów, które nabywali. Szacunki mówią, że stracili w ten sposób ok. 700 mln złotych. Ponownie łatwo dostrzec sporo podobieństw, kiedy nasz wewnętrzny chytrusek się budzi, my zaczynamy lekko przysypiać. Jak bardzo, niech zaświadczy fakt, że także dwa lata przed upadkiem firmy, znalazła się w Niemczech para niedowiarków, którzy zlecili jednej z wywiadowni gospodarczych zbadanie kondycji finansowej twórcy biznesu. Kilkustronicowy raport mienił się czerwienią atramentem. Opinia była miażdżąca. Owi ludzie postąpili, jak nakazał rozsądek, nie tylko nie podjęli współpracy, ale powiadomili swoich przyjaciół w Polsce.  Niestety Ci uznali, że musiało zajść nieporozumienie i ostrzeżenie nie poszło dalej. Bez komentarza. Niestety tam, gdzie jedni tracą, inni chcą zarobić. Nie minął rok od smutnego finału sprawy, jak z prywatnej inicjatywy pojawiły się dwie niezależne oferty odpłatnej próby odzyskania straconych środków. Obie nieudane, ale część klientów powiększyła nieco swoje straty, finansując kolejne obietnice.

Chciałbym napisać, że jak powierzasz komuś pieniądze, to ten ktoś musi być tak duży, by nie opłacało mu się „skubać” małego. To dobra rada, ale i czasem to nie wystarczy. Grupa Klientów kupiła w banku „Obligacje leśne”. Inna zainwestowała w obligacyjny, a więc wydawałoby się bezpieczny z założenia, fundusz inwestycyjny na literę „I”.  Ani jedni ani drudzy nie odzyskają już swoich pieniędzy, mimo że powierzyli je wielkim. Jak w słynnej szatni z filmu Barei: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?” Nie wspominam o nagłośnionych aferach: Amber Gold czy Getbacku, bo o nich wiedzę czerpię z mediów. Powołuję się wyłącznie na te przykłady, które znam z pierwszej ręki, a ich bohaterów w znacznej części osobiście. Na szczęście bardziej w charakterze obserwatora, niestety nie zawsze.

(…)

Marek Kantar

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *