Komunikujemy się niemal bez przerwy – czasem świadomie, częściej zupełnie automatycznie. W przeciwieństwie do wcześniejszych pokoleń, doskonale rozumiemy, jak ważną rolę odgrywa ten proces w budowaniu relacji z otoczeniem. Skoro jednak wydaje nam się, że o wymianie informacji wiemy już wszystko, szybko odwracamy wzrok nie spodziewając się znaleźć niczego nowego.
A jednak to właśnie tu kryje się fenomen uważności: utrzymaniu spojrzenia tam, gdzie inni już dawno przestali patrzeć.
Wyobraźmy sobie, że wygrywamy konkurs na „wyciszenie”. Nagrodą jest kilkumiesięczny pobyt w świetnie wyposażonym domu na uroczej wyspie, w samym środku przyjaznej, gorącej strefy klimatycznej. Szybko jednak odkrywamy, że prawdziwą atrakcją nie jest tu słońce, piasek czy egzotyczne owoce. Kluczem jest absolutny brak ludzi, bo to… wyspa bezludna.
Czas płynie leniwie. Warto zadać sobie pytanie: ile naszych myśli po kilku tygodniach pobytu krążyłoby wokół dawnych problemów, błędów czy lęków? Z przyzwyczajenia zapewne jakiś czas oddawalibyśmy się wspomnieniom, ale z każdym dniem traciłyby one na sile. Doświadczenie podpowiada, że w stanie takiej izolacji przykre stany emocjonalne pojawiałyby się coraz rzadziej, aż do zaniku włącznie. To jest ten moment absolutnego wyciszenia, gdzie nic i nikt już nas nie niepokoi.
Zatrzymajmy się tutaj.
Czy to może oznacza, że napięcie i wszystkie te pojawiające się za często mało lubiane emocje są nierozerwalnie przypisane do życia w Szczecinie, Krakowie czy Zielonej Górze, a znikają tylko pod palmami Dominikany? Czy to słońce, zieleń i owoce morza tak koją nasz układ nerwowy? Po części tak, bo przecież zostawiamy za sobą wszystko to, co nas rozprasza. Jeśli jednak chcemy zdefiniować problem z wyższą precyzją zauważymy, że o lepszym samopoczuciu decyduje przede wszystkim odcięcie się od codziennej komunikacji z naszym otoczeniem. Ta „cisza radiowa”. Tam skąd uciekliśmy, każdego dnia roiło się od sytuacji narzucających nam morderczy rytm i stres. Każdy z nas o tym wie, nie każdy dostrzeże inną możliwą konkluzję.
Zmieniając środowisko, odcinamy się od trudnych rozmów, mniej przyjemnych chwil i innych napięć. Widzimy dwa odrębne światy – ten „szary” i ten „urlopowy” – rejestrując jednie dzielące je różnice. A gdyby tak…
A gdyby tak podjąć próbę zminimalizowania źródeł stresu tam, gdzie mieszkamy na co dzień? Gdyby przebudować własne postrzeganie rzeczywistości, a dokładniej: sposób w jaki interpretujemy wydarzenia i komunikujemy się z otoczeniem? Bardziej sprawczo i świadomie zarządzać wysyłanymi i odbieranymi sygnałami? Przypisać im nową, bardziej przyjazną nam etykietę i charakter? Zadanie na pozór karkołomne, ale bezludna wyspa udowadnia, że to właśnie ten mechanizm decyduje o wszystkim.
To komunikacja, interpretacja faktów i własna neuroplastyczność rzeźbią nasze nastroje. To my sami nadając zbyt wielką wagę opiniom innych, reagując zwykle automatycznie, fundujemy sobie emocjonalny rollercoaster. Czujemy się niezrozumiani i cierpimy, gdy pozwalamy by czyjeś ego taranowało naszą przestrzeń.
A gdyby można było wyposażyć się w specjalne filtry? Zakładać je niczym okulary i słuchawki, by odsiewać to, co nas niszczy, od tego, co nam służy? Już sama wizja istnienia takiego „sita” dla zewnętrznych bodźców daje nadzieję na spokojniejsze jutro.
Na rynku takich cudów nie znajdziemy. Mamy jednak do dyspozycji coś znacznie cenniejszego: własny rozum, wolę i czas. Ten ostatni nic nie kosztuje. Ćwiczyć, konfrontować się i znów ćwiczyć. Powoli, ale systematycznie. Może warto spróbować? Nawet jeśli na początku uda się tylko odrobinę – tak „trochę do Grecji” – to już jest powód do radości. A co dalej? Jeśli włożymy w to więcej pracy, to kto wie… Może Dominikana i Malediwy okażą się możliwe do osiągnięcia tutaj, na miejscu – w Szczecinie, Krakowie czy Zielonej Górze?
Marek Kantar

Dodaj komentarz