Dron

NIektóre teorie brzmią śmiało. A potem i tak rzeczywistość je przerasta.

Ilustracja do eseju Dron - metafora ciała

Naukowcy nabierają odwagi. Być może było tak od zawsze, niemniej kolejne odkrycia XX i XXI wieku wyraźnie wykazały, jak mylące było przekonanie, że opis świata i praw nim rządzących mamy już za sobą. Za nowo uchylonymi „drzwiami Plancka” napotkaliśmy nie tylko kwantową pianę, ale całkiem spory worek pełen pytań. Są pytania, pojawiają się więc i odpowiedzi, a wraz z nimi coraz więcej śmiałych teorii, które jeszcze nie tak dawno obśmiano by publicznie bez żadnej refleksji. Ostatnio jedna z nich zwróciła moją szczególną uwagę. To zaskakująco prosta metafora będąca próbą zasygnalizowania odpowiedzi na jedno z kluczowych pytań, jakie dziś zadaje sobie nauka. Do rzeczy zatem.

Wciąż nie wiemy, czym jest nasza świadomość, co ją tworzy i gdzie jest zlokalizowana. Głowa wydaje się miejscem oczywistym, ale Bohr, Heisenberg, Schrödinger i inni dość brutalnie zmusili nas do przewartościowania tego, co oczywiste.

Każde dziecko wie, czym jest dron. Te bardziej złożone, dzięki specjalnym goglom zakładanym przez operatora, pozwalają śledzić lot w bezpośredni sposób. Mamy wrażenie, że to my sami unosimy się nad miastem, a jedyne czego brakuje, to powiew wiatru na twarzy. A przecież to nie nasze oczy mijają kolejne przecznice. Subiektywne odczucie „bycia tam” jest wyraźne i silne. Kto miał na głowie gogle VR, doskonale rozumie, że granica miedzy prawdziwą, a wirtualną rzeczywistością jest określeniem umownym. Jeżeli istnieją jeszcze różnice w odbiorze, wynikają one głownie z wczesnej fazy rozwoju tej technologii, a nie z zasady działania.

I tu dochodzimy do sedna, założenie pozornie absurdalne, jednak po chwili namysłu… A jeśli nasze ciało to niezwykle złożony, bliski doskonałości dron? Dalej doświadczamy świata w znany sposób, wszystkimi zmysłami, bo to dalej nasza własna fizyczna rzeczywistość.  Dalej jesteśmy w niej realnie zanurzeni. Jednak to nie znaczy, że system sterowania, że nasza świadomość ma tożsamą z ciałem lokalizację. Może znajdować się w zupełniej innej przestrzeni.

 Gdyby podobną myśl wyraził student fizyki czy filozofii, można by wzruszyć ramionami.  Jeżeli jednak takie i podobne hipotezy pojawiają się w wypowiedziach naukowych autorytetów, warto zatrzymać się na chwilę, nawet jeżeli potraktujemy je wyłącznie jako ćwiczenie umysłowe. Nie ma dziś cienia dowodu, że tak jest. Metafora dronu jest jedynie uproszczonym obrazem zjawiska, które próbuje wyjaśniać i szukać odpowiedzi tam, gdzie pojawiające się sygnały i dane, sugerują o wiele wyższą złożoność rzeczywistości, niż zakładaliśmy jeszcze chwilę temu. Problemem nie jest absurdalności samej tezy, lecz kolosalne ograniczenia i brak narzędzi i metod badawczych.

Puśćmy wodze fantazji… jakie byłyby implikacje takiego stanu rzeczy? Jeśli się dobrze zastanowić… ogromne, a jednocześnie zaskakująco niewielkie. Ogromne, bo oznaczałoby to przemodelowanie naszego świata, w którym wyraźnie oddzielamy dziś naukę od religii i metafizyki. Niewielkie, bo dla wielu w codziennym życiu i funkcjonowaniu nie miałoby to wielkiego znaczenia. Być może z wyjątkiem koncepcji śmierci, ale i tu dziś większość ludzi akceptuje koncepcje religijne.

Nie mam kompetencji by promować jakiekolwiek stanowisko. Nikt jednak nie broni zastanawiać się czy nawet wnioskować na swój niedoskonały sposób. Odkryliśmy, iż złożoność świata przekracza nasze wyobrażenia. Teoria ciała ludzkiego jako drona nie musi dziś brzmieć jak chory sen pseudonaukowca. Jednak nie tak łatwo ją zaliczyć do ulubionych. Dlaczego tak się dzieje?

Od jakiegoś czasu, po wysłuchaniu w sieci wykładu Sama Harrisa dotykającego problemu wolnej woli, staram się niezdarnie śledzić postępy w tej dyskusji. Ostatecznie trafiłem książki Roberta Sapolskiego, profesora biologii i neurologii na Uniwersytecie Stanforda w USA. Na każdej z 1500 stron poświęconych temu zagadnieniu, autor udowadnia, że nasze pojęcie i postrzeganie wolnej woli to czysta iluzja. To zdanie proszę czytać z dystansem. Sapolsky, podważając nasze rozumienie wolnej woli, powołuje się na bardzo szczegółowo opisane wyniki badań wielu dziedzin nauki, chcąc nas uwrażliwić na złożoność problemów i uwarunkowań z zakresu chemii, biologii i neurologii. Krok za krokiem buduje twardo udokumentowaną drogę do tego, co każdy z nas powinien o wolnej woli wiedzieć. Jednocześnie nie mówi czytelnikowi co ma myśleć. Sam używa często trybu przypuszczającego, jednak w kontekście używanych przez niego argumentów wydaje się, że to tylko zabieg grzecznościowy, łagodzący niejako oczywisty sprzeciw czytelnika. Skąd ta niekonsekwencja lub może forma asekuracji?

Badania psychologiczne pokazują jednoznacznie, że gdy nowe dane pozostają w sprzeczności z utrwalonym obrazem rzeczywistości, budzi się w nas dysonans poznawczy. Jego redukcja najczęściej polega nie na zmianie przekonań, ale na reinterpretacji faktów. Nawet jednoznaczne obalenie danego przekonania lub stanowiska, rzadko prowadzi do jego porzucenia, częściej do tworzenia nowych uzasadnień. Dodatkowo, w wielu przypadkach wnioskujemy pod wpływem nieuświadomionych motywacji, co sprawia, że rozumowanie nie służy poszukiwaniu prawdy, lecz ochronie naszej wewnętrznej spójności myślenia.

Nie pomaga fakt, że nie możemy obiektywnie badać niektórych sfer własnego istnienia. Świadomość oraz zachodzące w ciele człowieka złożone procesy chemiczne i biologiczne,  są wyjątkowo trudnym przedmiotem badań. Nie da się stanąć „obok” ani spojrzeć na nie „z góry”, będąc jednocześnie badanym i badającym. To jeden z nielicznych obszarów, w których nauka przyznaje wprost, że nie rozumie nie tylko szczegółów, ale także samych mechanizmów. Brak rozstrzygnięć nie wynika z dziwaczności pytań czy hipotez, lecz z faktu, że wymykają się one strukturze metody badawczej, jaką obecnie dysponujemy.

Co zatem mamy na pewno:

  • silny, psychologicznie uwarunkowany opór przed zmianą obrazu siebie i świata,
  • brak narzędzi i metod pozwalających zbadać zjawisko świadomości
  • niejasność co do tego, czego właściwie szukamy i gdzie mogłaby istnieć odpowiedź,
  • intuicje i hipotezy formułowane przez badaczy.

Historia nauki uczy, że opór wobec nowych idei jest zjawiskiem powszechnym i stałym. Szesnaście lat po publikacji Ogólnej teorii względności Einsteina ukazał się zbiór polemik zatytułowany „Stu autorów przeciwko Einsteinowi”. Przypisywana fizykowi riposta: „gdybym się mylił, wystarczyłby jeden” trafnie oddaje mechanizm, z którym mamy do czynienia także i dziś.

Wracając do problemów odważnych teorii. Zapewne poradzimy sobie zarówno z tymi jak i kolejnymi pytaniami. Wymaga to czasu i cierpliwości. Najważniejsze, że mamy w sobie tę ciekawość. Zapewne to ona pcha nas ciągle w nieznane.

A teoria drona? No cóż. Moja intuicja mówi: no no, nie porzucaj tego wątku. Kto wie mój drogi, kto wie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *