Usłyszałem ostatnio ciekawą i zaskakująco intrygującą opinię. Często używamy określeń: „normalny człowiek”, „normalny gość” czy „normalna dziewczyna”. Każdy zna tę kategorię — tyle że… nikt jej nigdy nie widział.
Minęła dobra chwila, zanim dotarł do mnie sens tych słów. Nikogo nie obrażają, brzmią niewinnie, a nawet budzą uśmiech. A jednak im dłużej żyję i im więcej osób spotykam, tym bardziej doceniam ich trafność. Od razu dodam, że także mnie to zjawisko dotyczy. Co prawda wolę czuć się wyjątkowym niż wyjątkiem, ale…
Czy temat „normalności” wart jest rozważań? Otóż tak. Chcielibyśmy na swej drodze spotykać ciekawych, oryginalnych ludzi — pod jednym wszakże warunkiem: że będą normalni. Co to znaczy? Bezpieczni, przewidywalni? Nienarcystyczni i nieegoistyczni?
A może po prostu tacy… bez udawania.
Kontrolowanie własnego wizerunku jest czymś zrozumiałym i naturalnym. Dopasowujemy się do sytuacji i zasad. Nie ma w tym nic nagannego, przeciwnie – nasz ubiór czy zachowanie bywają wyrazem kultury i szacunku wobec innych. Często przybieramy pozy związane z naszym rozumieniem oczekiwań społecznych wymierzonych w naszą stronę. Carl Jung używał tu określenia „persona”, które odnosi się niejako do drzemiącego w nas drugiego Ja, które ma być wizerunkiem jaki chcielibyśmy pokazać na zewnątrz. Aby wyjaśnić to bardziej obrazowo: mamy pewne wyobrażenia np. profesora uniwersytetu czy lekarza i oczekujemy, że takie osoby będą zachowywać się w określony sposób. Odpowiedzią są właśnie pozy, przybierane na potrzeby kreowania oczekiwanego społecznie wizerunku.
Ja jednak zwracam swoją uwagę na inny rodzaj maski, jaką niektórzy z nas zwykli niekiedy zakładać. Kluczową różnicą wydają się tu być intencje. Jeżeli u podłoża wypowiadanych przez nas słów i naszej postawy leży ukrycie własnego interesu, takie zachowanie staje się już zwykłą manipulacją, a nawet oszustwem.
Frank Herbert w swojej serii SF o „Diunie” wprowadził na scenę Tancerzy Oblicza, mistrzów zmiany twarzy. Sama nazwa wystarcza, by uchwycić sens zjawiska. Nasi ziemscy „tancerze” mają różne zadania i różne motywacje. Część z nich wynika z niepewności czy niewypracowanej jeszcze samooceny, inne ze strachu albo zwykłej chęci przypodobania się. Te najbardziej problematyczne dobrze widać w świecie polityki.
Zaliczam się do osób niemających — mówiąc delikatnie — sympatii do tej grupy. Ich maski, często ulepione z obłudy i fałszu, dla myślącego krytycznie człowieka są trudne w odbiorze. A jednak od wieków maski polityków pozostają skuteczne jako element prostej strategii. Ludzie bez masek są autentyczni — ale rzadko bywają skuteczni.
Edukacja nie jest naszą najmocniejszą stroną. Już pięć wieków temu dobrze znany nam florencki dyplomata Niccolò Machiavelli dokładnie opisał tę część ludzkiej natury. W każdym słowniku każdy z nas może znaleźć definicję słowa polityka. Trudno orzec, dlaczego tak bardzo bronimy się przed zrozumieniem, że w polityce chodzi wyłącznie o zdobycie i utrzymanie władzy – za pomocą manipulacji, często kłamstw i zawsze dyskredytacji przeciwnika bez względu na inne koszty?
Prawdę o ludziach można i warto rozpoznać obserwując ich w określonych sytuacjach – pod presją, w relacjach z osobami o niższym statusie społecznym lub w momentach bolesnego niedoboru. Tam zwykle widać prawdę o nas. Może więc mniej zaufania, a więcej uważności?
Dopiero gdy czas nas spowolni i przestajemy gonić, mamy szanse by dostrzec więcej. Ile osób z naszego otoczenia ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu zachowuje swoją naturalność i nie zakłada masek. Ilu jest serdecznie szczerych, zdystansowanych, spełnionych.
Zaczynamy być pod urokiem tych może nie zawsze pięknych, ale autentycznych ludzi. To ich towarzystwo ma moc przyciągania. Rozmowy z nimi są spokojne, nasycone prostą treścią. Nie ma ról, nie ma napięcia. Jest wyrozumiałość, przyzwolenie na różnice i długie chwile ciszy.
Szukanie i obcowanie z naturalnością to kolejny kamień milowy na drodze do spokojniejszego życia. Świat toczy się swoim rytmem, a my możemy w końcu skupić się na tym, co od początku było najważniejsze — kim naprawdę jesteśmy i co nam w duszy gra.
Marek Kantar

Dodaj komentarz